Karolina Nowakowska i jej święta pod palmami

DSC06163

Kolejny felieton do Egypt Exclusive i kolejne rozterki dotyczące tego, o czym napisać. Jest tak dużo rzeczy, którymi można się podzielić na temat Egiptu. Piękna plaża, palące słońce,  turkusowe i zawsze ciepłe morze. No właśnie – myślami jestem w lecie, choć za oknem zdecydowanie jesienno – zimowa aura. A jak zima to mróz i śnieg. Ale można to zmienić. To znaczy nie na stałe, ale na jakiś czas na pewno. Na przykład na czas Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra. 

Tak właśnie wielokrotnie uczyniliśmy z moimi rodzicami. Wiele osób wiedząc, że zdarzało mi się spędzać okres świąteczny nad Morzem Czerwonym zadawało pytania jak to jest, dlaczego, skąd taki pomysł. Pomyślałam więc, że mój felieton będzie dokładnie o tym. Bo Święta pod palmą mogą być – i są- super !

Powinnam chyba zacząć od tego, jak powstał pomysł, który dla wielu jest dziwny. Dla osób ciepłolubnych, do których w stu procentach wraz z Rodzicami się zaliczamy, nie jest niczym szczególnym korzystać z wysokiej temperatury, którą w tym okresie wciąż oferuje Egipt. Tym bardziej, że Święta to bardzo rodzinny czas, a my spędzamy go zazwyczaj we trójkę. Pewnego roku podjęliśmy spontaniczną decyzję o połączeniu przyjemnego z pożytecznym i wyjechaliśmy, nie wiedząc jeszcze, że na kilka lat stanie się to naszą tradycją.

Pierwsze Święta w Afryce wspominam chyba najlepiej. Zapewne dlatego, że wówczas wszystko było zupełnie nowe i nie wiedziałam jeszcze, czego mogę się spodziewać. Wiedziałam tylko, że ma być ciepło i słonecznie, a to przecież najważniejsze. Miało to miejsce ponad dziesięć lat temu. Wtedy Egipt był dla mnie nowym lądem, była to bowiem moja zaledwie druga wizyta w tym niezwykłym kraju.

Zgodnie ustaliliśmy, że decydujemy się na nieduży kameralny hotel z dala od centrum miasta. Spośród wielu ofert wybraliśmy Safagę. Niewielką miejscowość, która miała być nieco oddalona od miasta, w którym lądowaliśmy- Hurghady, a okazała się być wręcz wioską położoną 60 km od tego znanego kurortu.

Wówczas nie stanowiło to dla mnie problemu, ponieważ dopiero kolejne pobyty w Egipcie pozwoliły mi poznać Hurghadę jako miejsce, które na czas jakiś stało się moim rajem na ziemi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co tracę, więc gdy autokar z lotniska dowiózł nas na miejsce byłam wniebowzięta. Gdy zobaczyłam palmy i plażę, niewiele więcej było mi potrzebne do szczęścia. Hotel faktycznie był kameralny, ale przytulny, miał stosunkowo dużą plażę, a pokój spełniał nasze oczekiwania. Wszystko wydawało się być ok, a my już cieszyliśmy się na plażowanie dnia następnego. Czekało nas bowiem kilka spokojnych dni wypoczynku przed Wigilią.

Biura podróży zazwyczaj organizują wycieczki tak, że wraca się w pierwszy lub drugi dzień Świąt, zatem do uroczystej kolacji wigilijnej jest kilka dni oddechu i korzystania ze stosunkowo wysokiej jak na grudzień temperatury.

No właśnie, zaskoczyła mnie wtedy dość duża różnica temperatur tam panująca. W ciągu dnia upał (choć jak się okazało przy kolejnych pobytach w miesiącach wakacyjnych, upał to nie był), a wieczorami spory i stosunkowo chłodny wiatr, który znacząco obniżał temperaturę. Wszystko było jednak na tyle nowe, egzotyczne i letnie (poza tym nie zapominajmy, że w tym czasie w Polsce panowały mrozy), że wieczorny wiatr nie robił na nas większego wrażenia. Było ciepło i miło. Tak, jak być miało. Zapowiadał się wyjątkowy wakacyjno – świąteczny czas.

Wszystkim, którym wydaje się, że spędzanie Świąt Bożego Narodzenia w ciepłych krajach jest dalekie od tradycyjnego świętowania chcę powiedzieć, że są w błędzie. Nasi egipscy gospodarze już wtedy mieli dużą świadomość zwyczajów jakie panują u chrześcijan. Urzekli mnie dbałością o szczegóły wystroju nie tylko lobby hotelu, ale i plaży. Niezwykle zabawne i wręcz wzruszające okazały się być ozdoby świąteczne. Liczne – wręcz wszechobecne – lampki, lampeczki i lampiony, choinki, świecący Mikołaje i moje ulubione – świąteczne wielbłądo – renifery utwierdzały nas w przekonaniu, że jest okres świąteczny. Pomysł na nie zaczerpnięty niczym z kultowego filmu „Kevin sam w domu” sprawdza się w Egipcie od co najmniej dziesięciu lat. I nieważne, że to kicz totalny (bo inaczej nazwać tych ozdób nie potrafię), ale wpisuje się idealnie w całość obrazka świąt pod palmą.

Ale wybór nie-białych, jak je nazwałam, świąt, nie oznacza tylko świątecznych akcentów w amerykańskim stylu. W moim przypadku to pierwsze Boże Narodzenie spędzone w Egipcie paradoksalnie było najbardziej klimatyczny, rodzinnym i świątecznym czasem jaki pamiętam.

Święta to nie miejsce. Święta to ludzie. Bliscy. Rodzina. To my tworzymy atmosferę tego magicznego czasu w roku i niezależnie od tego, gdzie go spędzimy, cały klimat zależy od nas. Nie, nie przesadziliśmy tak jak starsza pani na lotnisku w Warszawie, która miała kłopot z półtorametrową żywą choinką przy odprawie! Tak, tak! Jednak również nie mogło u nas zabraknąć polskich akcentów świątecznych, takich jak opłatek, płyty z kolędami czy śledzie (których sztukę pakowania do głównego bagażu do perfekcji przez lata opanowała mama.

Pierwsza Wigilia w Egipcie była wyjątkowa. Mieliśmy jakieś zastrzeżenia do hotelowej restauracji i mimo że przywieźliśmy ze sobą z Polski odświętne ubrania z garniturem taty włącznie, postanowiliśmy nie spędzać tego specjalnego wieczoru w hotelu i wybraliśmy się na własną rękę na tak zwane miasto w poszukiwaniu restauracji. Oczywiście wcześniej zasiedliśmy w pokoju hotelowym, podzieliliśmy się opłatkiem i zjedliśmy polskiego śledzia przy akompaniamencie Zbigniewa Wodeckiego, którego kolędowanie udało nam się „trafić” w polskiej telewizji. To już było wyjątkowe. Dzielenie się opłatkiem przy kolędzie „Cicha noc” wiedząc, że Betlejem jest tak niedaleko od nas.

Pod wspaniale gwiaździstym, spokojnym niebem…a należy dodać, że w Egipcie gwiazdy są tak blisko jak na wyciągnięcie ręki. To były magiczne chwile. Takie proste, skromne. Rodzina, opłatek, kolędowanie, śledź, chleb. Tylko tyle a właściwie wszystko. Bez filmów, którymi corocznie telewizja nas zalewa w Wigilię. Bez reklam. Bez kolejek w supermarketach i całej tej przedświątecznej bieganiny, w której tak naprawdę zatracamy cały sens świąt. Bo czy nie chodzi o to, by usiąść razem przy stole, w miłości, spokoju i nadziei na lepsze jutro? Czy nie powinniśmy wtedy zwolnić i skupić się na tym, co tak naprawdę ważne, na najbliższych,a nie tylko biegać za prezentami a potem kłócić się przy stole z dawno niewidzianą rodziną?

Znaleźliśmy malutką knajpeczkę przy głównej (i miałam wrażenie, że jedynej) ulicy w Safadze. Sprawiała wrażenie, jakby dawno nikt jej nie odwiedzał. Potem okazało się, że Egipcjanie nie myśleli tego wieczora o jedzeniu, bo akurat ich reprezentacja rozgrywała w tym czasie jakiś ważny mecz w piłkę nożna (czego mieliśmy okazję doświadczyć, gdyż za szybą była druga sala,w której był telewizor a przed nim kilkudziesięciu przeżywających mecz mężczyzn). Miało to swój niewątpliwy urok. Był folklor. Było egipskie normalne życie.

Właściciel restauracyjki, która okazała się obsługiwać głównie miejscowych, był zaskoczony, ale bardzo zadowolony z naszej wizyty. Ogromnie nas wzruszył, bo gdy zorientował się, że naprawdę chcemy u niego zjeść, czym prędzej pobiegł i założył biały, czysty fartuch, na lewym przedramieniu przewiesił sobie białą chustę i niczym elegancki kelner uraczył nas tym, co miał najlepszego. To była niesamowita uczta. Pyszna kolacja, w którą zdecydowanie włożył serce, niezapomniany klimat,a co najważniejsze – niepowtarzalna atmosfera Świąt Bożego Narodzenia. Tej Wigilii nie zapomnę nigdy, bo takie przeżycia zostają w nas na zawsze.

W kolejnych latach jeździliśmy głównie do większych kurortów, Hurghady lud Sharm el Sheikh. Przeprosiliśmy się z kolacjami wigilijnymi w hotelowych restauracjach, jednak do tej pierwszej, najskromniejszej, najbardziej wyjątkowej wracamy w rozmowach do dziś.

Święta pod palmą mają swój urok. Dla osób takich jak ja czy moi bliscy – kochający wysokie temperatury i ciepłe morze- wydają się być idealnym rozwiązaniem na spędzenie tego magicznego czasu. Wiem, że coraz więcej moich znajomych korzysta z takiego rozwiązania. Oczywiście, kąpanie się w morzu i plażowanie w Wigilię jest dość nietypowe (nawet dla mnie za pierwszym razem ta świadomość była dziwna), ale po powrocie po pokoju, prysznicu i przygotowaniach, podobnie jak w tradycyjne Święta wypatruje się tam pierwsze gwiazdy. A gdy się pojawi, tak blisko, nie m się wątpliwości, że to Wigilia.

Nie chcę nikogo namawiać do spędzania świątecznego czasu poza domem, bo trzeba to czuć i samemu chcieć doświadczyć, jednak z własnego doświadczenia wiem, że to wyjątkowe przeżycie i z całego serca je polecam. Bo wbrew pozorom, w nie-białych świętach można odnaleźć prawdziwego ducha Świąt Bożego Narodzenia.

Karolina Nowakowska

fot. Archiwum prywatne

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>