Karolina Winkowska: Przegrana motywuje najbardziej!

unnamed3

Karolina Winkowska, 24-letnia Warszawianka, od najmłodszych lat zakochana w sporcie, a przez prawie połowę życia w kitesurfingu, właśnie wróciła z Chin, gdzie zdobyła Puchar Świata w kitesurfingu i jednocześnie tytuł mistrzyni globu. W dziewięciu dotychczasowych zawodach Pucharu Świata 2014 Karolina aż sześciokrotnie stawała na podium, a mistrzostwo świata po raz pierwszy zdobyła dwa lata temu. Jako pierwsza Polka. 

 

Dlaczego Egipt?

– Egipt to moje pierwsze wyjazdy za granicę na kitesurfing. Jeżdżę tam już 10 lat. Morze Czerwone to idealne miejsce, żeby pływać i odpoczywać, ale ja głównie jeżdżę na treningi. Same fantastyczne rzeczy – woda ma piękny kolor, zawsze jest ciepło, a warunki do sportów wodnych są wymarzone.Też fajne jest to, że mieszkam wtedy w hotelu, wszystko mam podane, więc mogę się skoncentrować na treningu i odpoczynku, a niekoniecznie na zwykłych codziennych rzeczach typu sprzątanie, gotowanie,itp. Ostatnio poznałam też wielu Egipcjan w moim wieku, są bardzo mili i przyjaźni. Bardzo dobrze się tam czuję. Mam już w Egipcie ulubione miejsca, ale chyba bardziej kuszą mnie te, w których jeszcze nie byłam. Moje wybory są podporządkowane kitesurfingowi.Teraz wróciłam z Soma Bay, gdzie nie ma nic oprócz rafy i sportu. Połowę dnia zajmował mi trening, a popołudniami mogłam pływać, relaksować się i ogladac rafę – rzeczywiście jest przepiękna. Miejsca, do których zwykle jeżdzę to woda, słońce, sport i wiatr – tak ma być, aby nic mnie nie rozpraszało. Na lżejsze treningi wybieram miejsca, w których jest jakieś życie pozahotelowe, gdzie można spacerować uliczkami, wybrać się do restauracji, na rejs czy na jakieś zakupy. W maju, podczas południowego rejsu, spotkaliśmy grupę delfinów. Były bardzo przyjazne i nawet miałam wrażenie, ze robiły show – podpływały do statku, wyskakiwały, chciały się bawić. Statek specjalnie sie zatrzymał, można było wyskoczyć i popływać z nimi. To było naprawdę niesamowite. Moje najpiękniejsze doświadczenie w tym roku.

Jak wygląda intensywny trening?

– Mój sport zależy od wiatru, więc najpierw sprawdzam prognozę pogody. Jeśli wieje cały dzień, mam dwa treningi dziennie, a jeśli tego wiatru brakuje lub wieje mniej, to mam trening na plaży czyli na sucho – bieganie, siłownia, stretching – i trening w wodzie, kiedy tylko pojawi sie wiatr. Jedna sesja w wodzie trwa godzinę lub dwie, to nie jest długo, dlatego, że głównie robię wysiłkowe rzeczy, związane z manewrami i akrobatyką. Muszę być wtedy mocno skoncentrowana, dlatego treningi są krótsze. Trudno opisać, na czym polega akrobatyka na “kajcie”, najlepiej obejrzeć filmiki na mojej stronie internetowej lub na stronach Egiptu. Można tam zobaczyć moje ewolucje nad wodą. A w ogóle – najlepiej przyjechać gdzieś, gdzie trenuję i zobaczyć trening na żywo, zapraszam.

unnamed1

Kiedy uświadomiłaś sobie, że można robić to zawodowo?

– Kiedy skończyłam liceum, stwierdziłam, że to jest to, co chcę robić i czemu chcę się poświęcić. Skończyłam liceum i postanowiłam, że chcę tylko pływać. Wiem, że to brzmi nietypowo. Musiałam też przekonać rodzine: tata był zawodowym windsurferem, więc świetnie mnie rozumiał, za to mama była trochę mniej przekonana. Chciała, żebym poszła na studia i tak dalej – generalnie to, czego chciałby rodzic maturzysty dla swojego dziecka. Jednak oboje widzieli, że w tym sporcie dobrze mi idzie i że rzeczywiście mogę coś osiągnąć. Już w liceum miałam świetne wyniki na zawodach międzynarodowych, rodzice widzieli, jak bardzo byłam zaangażowana, więc ostatecznie nie było to trudne, żeby ich przekonać. Równolegle pojawili się sponsorzy, wiec nie musiałam prosiś rodziców o tego rodzaju wsparcie. Teraz są przeszczęśliwi, jeżdzą za mną na tyle zawodów, na ile mogą i zwiedzają ze mną świat.

Czy od razu było wiadomo, że ta decycja wiąże się z ciągłymi podróżami?

– Od początku startowałam w pucharze świata i wiedziałam, że żeby dobrze występować w tych zawodach, które są rozgrywane w różnych miejscach, trzeba też być przygotowanym w różnych miejscach. Nie można trenować w jednym miejscu, trzeba cały czas jeździć. Poza tym wiatr pojawia się zazwyczaj wraz z sezonem letnim, a ten trwa mniej niż poł roku, więc trzeba gonić go po świecie. Dlatego musimy zmieniać półkule aby trenować cały rok. Trzeba się przemieszczać.

Brzmi ekscytująco. Są jakieś minusy?

– Mieszkanie na walizkach. Wracam do domu na dwa czy trzy dni i to jest trochę męczące. Ale to mój wymarzony zawód. Każdy dzień na wodzie i każdy trening to dla mnie wielka przyjemność. Czasem są takie momenty, że czegoś się nie chce, ale to jest głównie spowodowane zmęczeniem fizycznym. Wtedy też wiem, że mogę sobie pozwolić na odpoczynek. Trenuję na tyle dużo, że takie momenty niestety przychodzą. Jestem w jakimś pięknym miejscu, wieje super wiatr, a ja leżę i myślę “nie, teraz się nie ruszę, nie jestem w stanie wyjść z lóżka…” . Wychodzę z tego łóżka, bolą mnie ręce, nogi, właściwie to wszystko i w takich sytuacjach najlepiej sobie odpuścić, bo można się uszkodzić.

unnamed0

Zdarzyło Ci się to?

– Tak, kilka razy. Pierwsza poważna kontuzja to złamanie nogi w liceum. Z jednej strony było mi przykro, ale z drugiej strony to była klasa maturalna, więc o tyle było dla mnie lepiej, że siedziałam w domu i się uczyłam. Nie płakałam straszliwie, bo wiedziałam, że to jest rok, w którym chcę się skoncentrować na ukończeniu szkoły. Złamanie nogi jeszcze mi w tym pomogło. Tym bardziej, że to nie jest jakaś poważna kontuzja.

Stało się coś niepomyślnego, a Ty potrafiłaś to wykorzystać i znaleźć w tym plusy…

– Zawsze tak próbuję robić, nie zawsze się to udaje. Kolejne kontuzje były już mniej przyjazne. W sporcie musimy się liczyć z tym, że kontuzja może nas dopaść zawsze. To jest najgorsze w tym zawodzie: jesteś w najwyższej formie, osiągasz sukcesy, codziennie trenujesz coraz lepiej i pewnego dnia pojawia się znienacka: uraz kostki, kolana czy barku, który nas eliminuje. Trzeba poddać się operacji, pół roku rehabilitacji, kolejne miesiące to dochodzenie do formy. To dla sportowca momenty, z którymi najciężej sobie poradzić, bo to totalna zmiana życia z dnia na dzień. Teraz podróżuję, pływam, jestem szczęśliwa, bo robię to, co kocham, a podczas kontuzji – szpital, ciężko wstać, czasem nie mogłam sobie nawet zrobić herbaty, byłam inwalidką przez pewien czas, np. poruszając się o kulach. Najgorsze to siedzenie w domu, rehabilitacja i czekanie na powrót do sprawności. To są bardzo trudne momenty. Osobiście uważam, że warto wówczas skorzystać z pomocy psychologa sportowego, który naprawdę pomoże. Pamiętam czas mojej poważnej kontuzji. Byłam 6 mięsiecy w domu i ciągle wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Ćwiczyłam, byłam zdyscyplinowana i robiłam, co trzeba, lekarze mówili “jeszcze tylko kilka miesięcy”, a mi wydawało się, że tak już zostanie. Były też dni, kiedy zamiast poprawy czułam, że jest gorzej. Wtedy potrzebna była rozmowa z kimś, bo sama nie mogłam sobie wciąż tłumaczyć, że “będzie dobrze”. To nie zawsze działa.

4

A motywator?

– To robię sama! Motywacji mam bardzo dużo i to w sobie lubię. Startuję w zawodoach, nie zawsze idzie po mojej myśli, czasami przegrywam i wtedy moja motywacja skacze wysoko do góry. To właśnie przegrane motywują najbardziej. Wygrane mnie wręcz demotywują. Nie wiem dlaczego tak jest. Czasami nawet uśmiecham się do siebie i myślę: “przegram, będę miała więcej motywacji”.

A potem znowy wygrana?

– A potem znowu wygrywam! Tak było ostatnio. Oczywiście jest w tym sporo żartu, bo wygrywanie, to najlepsze uczucie, jakie może być. Sportowcy mają o tyle trudniej, że długo i ciężko trenują, więc dla nich liczy się tylko wygrana. Do tego wszyscy dążą, a wygrany może być jeden. Tyle osób trenuje, a tylko jedna zostanie zwycięzcą. Ale ja kocham ten sport, dlatego go uprawiam. Kocham atmosferę, ludzi, którzy go uprawiają… Wszystko mi się w nim podoba, więc nawet jeśli nie wygrywam, to też próbuję czerpać z tego przyjemne chwile.

unnamed6

Czy ten sport to bardziej walka ze sobą, czy z przeciwnikiem?

– Na pewno muszę zwracać uwagę na innych zawodników, podglądać ich manewry, żeby zawsze starać się zrobić lepsze. W przerwach pomiędzy zawodami ogląda się filmiki na stronach internetowych rywali, a w trakcie zawodów trzeba patrzeć na największego rywala, kiedy płynie w innych pojedynkach. Wtedy wiem, na co mam zwracać uwagę, jakie manewry muszę zrobić i na czym się skoncentrować. Jednak jeśli o mnie chodzi, to przede wszystkim walczę ze sobą. To ode mnie zależy czy wykonam te manewry, a nie od mojego rywala. Co prawda płynę z przećwiczonym wcześniej programem, ale kitesurfing to sport zależny od wiatru, więc muszę być przygotowana na to, że w kazdej chwili mój program może się zmieniż wraz z warunkami. Jestem otwarta na zmiany i muszę byż na nie przygotowana, włącznie ze zmianą latawca w trakcie pojedynku, a to jest bardzo trudne. Co więcej, jeszcze przed pojedynkiem muszę wybrać odpowiedni rozmiar latawca, a mam ich siedem. Nikt z towarzyszących mi osób nie chce pomóc (śmiech). Podpowiadają, ale z zastrzeżeniem, że ostateczna decyzja oraz odpowiedzialność za wybór należą do mnie.

Kto Ci towarzyszy na zawodach?

– Mam trochę znajomych, którzy chętnie pomagają. Trzymają na przykład zapasowy latawiec na wypadek, gdyby mój odleciał lub gdyby złamała się deska. To ważne, bo podczas manewrów oceniana jest synchronizacja deski z latawcem. Sprzęt jest jak przedłużenie ciała. A wracając do osób towarzyszących, to najczęściej jeżdżą ze mną rodzice, ale nie zawsze mogą. To w końcu dość drogie i częste wyjazdy. Czasem zdarza się, że zapraszam kogoś z plaży. To znaczy nie przypadkowych ludzi, ale znajomych, którzy akurat przyjechali na zawody i chcą pomóc. Zwykle ktoś taki się znajdzie. W tym roku zawsze to był ktoś bliski – rodzice, brat, moja agentka czy moj chłopak. Ktoś zawsze przy mnie był, trzymał latawiec i wiedziałam, że ktoś tam na mnie czeka. Takie wsparcie jest niezwykle ważne.

Używasz słowa “pojedynek”. Czy to walka z konkretnym przeciwnikiem?

– Tak, u nas na zawodach jest walka jeden na jeden i ten, kto jest lepszy, przechodzi dalej. Nagła smierć – ten, kto płynął gorzej odpada. Jest też druga runda dla tych, którym nie poszło najlepiej. To też szansa dla osoby z niższego miejsca na przedostanie się wyżej, a nawet na wygranie zawodów. Trzeba być przygotowanym na pierwszą runde, ale druga może okazać się równie ważna, bo w niej też można przegrać. Albo oczywiście wygrać.

Pierwsze wygrane zawody?

– Chile, byłam wtedy w liceum. Sport w mojej rodzinie był od zawsze, a w każdym sporcie, jaki uprawiałam, tata zapisywał mnie na zawody. Narciarstwo, snowboard, jazda konna, jakieś biegi. Zawsze startowałam w zawodach. Byłam w kontakcie z rówieśnikami, ciągle coś się działo, bardzo fajnie wspominam tamten czas. To była raczej zabawa niż poważna rywalizacja, dziś to już coś zupełnie innego. Po roku od kiedy zaczęłam pływac “na kajcie”, pojawiły się też zawody, to było bardzo naturalne. Chciałam się sprawdzić. Kiedy miałam 14 lat, w pierwszych zawodach zajęłam piąte miejsce. Wygrałam jakieś fajne ubrania, kostium kąpielowy… super sprawa! Pomyślałam, że chcę startować dalej, żeby wygrywać takie gadżety. Dla dzieciaka takie nagrody i wygrane są bardzo zachęcające.

unnamed22

Pasja zwykle polega na tym, że robimy coś, co kochamy dla siebie. Gdzie miejsce na rywalizację?

– To trudny temat. Niektórym to się po prostu podoba. Dla mnie zawody to sprawdzian. Zawsze wiem, że może mi nie wyjść. Jestem na to przygotowana, ale zakładam, że mi wyjdzie. Rok temu dość dużo myślałam o rywalizacji, pytałam siebie czy mi się to podoba. Stwierdziłam, że na pewno tak. Kiedy przegrywam, dostaję zastrzyk motywacji i dużo dodatkowej energii na treningi. Mam cel, dla którego trenuję i do którego chcę dojść. A trenuję bardzo intensywnie, bo poza pływaniem “na kajcie” – biegam, jeżdżę na rowerze, pływam wpław, uprawiam trening siłowy, jogę – to wszystko jest spójne, bo ma jakiś cel. Trenując bez zawodów pewnie nie robiłabym aż tak wiele. Rywalizacja to głównie sprawdzian tego jak pływam, informacja dla mnie samej czy idę w dobrym kierunku. Podoba mi się startowanie w zawodach. Oczywiście nieosiągnięcie celu czyli przegrana w zawodach to też informacja. Potem trenuję jeszcze więcej. To nie jest łatwe, ale dla mnie o wiele gorzej byłoby, gdybym musiała siedzieć w domu i nic by sie nie działo. Pamiętam ten czas z liceum, było to bardzo męczące psychicznie i fizycznie. Dlatego też wiem, że dla mnie ścieżka startu w zawodach jest o wiele bardziej przyjazna i przyjemna niż na przykład codzienna praca w biurze czy w jakimś gabinecie (tak, mama jest stomatologiem).

A zdarzają się dni, kiedy nie robisz nic? 

– Tak, zazwyczaj wtedy, kiedy jestem przemęczona. Dodatkowo jeszcze studiuję przez internet, więc kiedy akurat mam przerwę w treningach, to uczę się i czytam. Niedługo skończę te studia i mam obawy, co będzie, kiedy zabraknie mi wypełniacza czasu. Ale wiem też, że jestem taką osobą, która lubi być zajęta do granic możliwosci. Jednak zdarza się, że naprawde nie robię nic. Na przykład, kiedy wracam do Warszawy i odsypiam treningi.

Justyna Kowalczyk powiedziała kiedyś, że kocha każdy gram swojego ciała, bo dokładnie wie, do czego jest jej potrzebny. Zawodowe uprawianie sportu to pewnie świetny kontakt z własnym ciałem.A jak wpływa na kobiecość?

– Pracujemy ciałem, musimy go słuchać. Po ostatniej kontuzji czułam, że z moim ciałem nie wszystko jest w porządku, że nie wytrzymuje wszystkich obciążeń mojego sportu. Postanowiłam wprowadzić trening siłowy. Teraz wiem, że takie dodatkowe wzmocnienie bardzo mi pomaga, czuję się komfortowo, wiedząc, że nic się nie “zepsuje”. Może będę przez to bardziej umięśniona niż przeciętna dziewczyna, ale przynajmniej wiem, że wszystko będę miała “na miejscu”. U mnie też bardzo ważna jest elastyczność i zwinność. W pracy nad ciałem pomaga mi osobisty trener. Kitesurfing to nowy sport, nie ma jeszcze wielu naukowych opracować i dla mojego trenera też wszystko jest nowe. Dla nas obojga to wyzwanie i przygoda. Zamiast podnoszenia ciężarów, które dla mnie nie jest najlepsze, wprowadziliśmy bieganie, trx i pracę z własnym ciężarem. Co ciekawe, podobno dziewczynom łatwiej przychodzi opanowanie “kajta”, bo trzeba zrobić to sprytem i zwinnością. Z drugiej strony, większość tricków została wymyślona w “kajcie” przez facetów. Ale są takie, które robię jako jedyna z dziewczyn.

Brzmi bardzo profesjonalnie. Gdzie w tym jest miejsce dla Karoliny jako kobiety?

– Fajna fryzura “na kajcie” odpada, ale poza “kajtem” czemu nie… Na typową “babskość” jest miejsce, kiedy wracam z treningu do domu, do Warszawy. Choć na plaży w bikini też trzeba się jakoś prezentować, a “kajt” pomaga. Dziewczyna, która trenuje, zawsze będzie lepiej wyglądała od takiej, która wcale nie ćwiczy. Na plażach świata widuję różne kanony piękna. Dla mnie, Europejki, dziewczyna z Wenezueli wyglądała dziwnie, z poprawioną pupą i biustem. To będzie mój przekaz dla kobiet: gdzie nie pojadę, tam obserwuję inny “obowiązujący” typ urody. Gdzieś piękne są duże uda, gdzieś duże pupy… Ostatnio pomyślałam, że dziewczyny, które w jednym miejscu na świecie mają kompleksy na punkcie swojego wyglądu, mogłyby pojechać do innego, gdzie akurat ich typ urody się podoba i tam byłyby najbardziej pożądane w środowisku.

Ambasador Reda Bebars and Karolina Winkowska after winning Soma Bay Red Sae Cup

To gdzie mają podziać się te z dużymi udami?

– Ameryka Południowa albo chociaż Portugalia. Ostatnio koleżanka Portugalka mówila mi, że jej znajome powiększają nie tylko pupy, ale i uda.

Czy w życiu dziewczyny-sportowca jest w ogóle miejsce na takie dylematy?

– Jestem dziewczyną i też mam różne problemy. Ale jestem tak skoncentrowana na moim sporcie i tak mi się on podoba, że często nie widzę świata poza “kajtem”. Jeśli mam jakieś zastrzeżenia do mojego ciała, to tylko pod kątem uprawiania sportu. Poza tym wiadomo, że sport to zdrowie. Mam świetny przykład w moich rodzicach. Oboje są po pięćdziesiątce i trenują do triathlonu. Mama często mówi, że ćwiczy dla dobrej formy, ale przy okazji ma dzięki temu świetne wyniki badań. Nie dość, że super wygląda, to jeszcze czuje się fantastycznie. No i wszystkie sporty uprawia tak… po damsku. Nawet “kajta” zaczęła z wielkim zapałem. To w niej podziwiam.

Genetyczne obciążenie sportem?

– Tak, mój brat zaczynał karierę sportowca w windsurfingu, ale nabawił się kontuzji barku i musiał zrezygnować. Teraz zajmuje się sztuką i filmowaniem, co można zobaczyć na mojej stronie internetowej.

Wrócmy jeszcze do wspomnianej “babskości”. Jak wygląda Twoja kosmetyczka, kiedy jedziesz na trening?

– Jest pełna kremów z filtrami przeciwsłonecznymi. Jestem typową Słowianką, mam białą skórę, która opala się na czerwono, a moje włosy zmieniają się na blond w trybie natychmiastowym. Jeśli zapomnę o grubej warstwie filtrów, to skutki mogą być dramatyczne. Stosuję filtry cały czas, w przeciwnym razie czuję, że słońce mnie pali. To jest dobre, bo ciągle chronię skórę. Mam wielu znajomych, którzy nie mają żadnych objawów w związku ze słońcem, zapominają o ochronie i po paru latach widać u nich efekty w postaci szybkiego starzenia się skóry. Do ochrony włosów jeszcze nie znalazłam skutecznych specyfików, ale spinam je w koczek, żeby oszczędzić im słońca i fal.

Czy podczas zawodów można się zaprzyjaźnić z przeciwnikiem?

– Na pewno dobrze jest się poznać. Z przeciwnikiem to może być trudne, bo trzeba przede wszystkim podpatrzeć jego sposoby treningów i tricki, ale dla mnie kitesurfing to same przyjaźnie. Najtrudniej zaprzyjaźnić się ze swoim największym rywalem, choć myślę, że jest to możliwe. Tak samo jak ode mnie, zależy to od tamtej osoby. Na zawodach poznaje sie mnóstwo ludzi z całego świata. Czasem ciężko ocenić czy to naprawdę przyjaźnie, w końcu to osoby, które np. mieszkają na innej półkuli, mają inną mentalność. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze przyjaciółki mam z Polski. To dziewczyny, które też startujż w zawodach. Z nimi zawsze najlepiej mi się żartuje, z nimi też zawsze mieszkam. Trudno też utrzymać przyjaźnie np. z osobami z lat szkolnych, które nie czują naszej pasji. Tu zwyczajnie drogi się rozchodzą. Czasem spotykam znajomych z liceum i jest bardzo fajnie, ale moje środowisko to głównie kitesurferzy, windsurferzy. Mojego chłopaka też spotkałam “na kajcie”. Jest Australijczykiem, poznaliśmy się na zawodach. Przywędrował tu do nas i teraz już jest ze mną w Polsce.

Czy kitesurfing wymaga wyrzeczeń?

– Na pewno jakieś są. Moje życie podporządkowałam temu sportowi. Nie spotykam się z najbliższymi tyle, ile bym chciała. Głównie pływam “na kajcie”. Ale to moja pasja, a nie jakaś okropna praca. Sama tego chciałam, więc nie odczuwam skutków moich wyborów jako wyrzeczenia. Plan jest taki, żeby to robić tak długo, jak długo pozwoli na to moje ciało.

A dieta? Może tu są jakieś wyrzeczenia?

– Myślę, że w Polsce odżywiamy się całkiem dobrze. Na pewno w mojej sportowej rodzinie. Bardzo lubię warzywa, owoce, kasze. Uważam też, że będąc w danym miejscu na świecie, trzeba jeść lokalne potrawy. Lubię poznawać nowe smaki. Egipska kofta, w Australii spróbowałam kangura. Zwracam uwagę na odpowiednią ilość białka, węglowodanów i witamin w postaci warzyw, ale nie mam nad sobą dietetyka, ani żadnego konkretnego planu. Bardzo lubię gotować w domu, rzadziej chodzę do restauracji. W moim przypadku zdrowe odżywianie jest naturalne. Bardzo się cieszę, że nigdy nie miałam nadzwyczajnego pociągu np. do słodyczy. I bardzo nie lubię fast foodów, jest mi po nich zwyczajnie słabo. Tak mam. Zawsze myślę, że “dobrze mi się trafiło”.

Reda Bebars Karolina Winkowska Ahmed Shokry Warsaw preliminary negotiations

Ulubione zachcianki?

– Dla mnie miejsca to smaki. Zawsze w Polsce czeka na mnie zupa ogórkowa. Bardzo lubię gotować sama, wybierać produkty, poznawać je w różnych krajach. Przyglądam się lokalnym kuchniom. Najlepszym prezentem dla mnie byłaby książka kucharska.

 

Rozmawiała: Magdalena Fijałkowska / Egypt Exclusive

fot. Archiwum prywatne

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>