I przywita nas zapach owoców mango

SAM_1539

Myśląc o Egipcie, widzimy piramidy, Sfinksa, Beduinów zaganiających swoje wielbłądy, wspominamy palmy i gorące słońce. Przyciąga nas egzotyka miejsca, wzbudza naszą ciekawość. Czy właśnie ta odmienność sprawia, że osoby, które w jakiś sposób zetknęły się z Egiptem, chcą do niego wracać? Czy może mamy z Egiptem więcej wspólnego, niż nam się wydaje?

Poznając ten kraj, różnice zaczynają się zacierać. Przestajemy widzieć kulturę, stroje, budynki. Na naszej drodze pojawiają się ludzie, żywe sylwetki i prawdziwe charaktery. Chcemy ich poznać. Żyją tu i teraz, obok nas. Mają podobne problemy, poczucie humoru, gesty, a my coraz bardziej ich lubimy i oczami wyobraźni malujemy ich codzienne życie. Jacy są naprawdę? Jak wygląda ich dzień od wchodu do zachodu słońca?

Wyobraźnia podsuwa różne obrazy, wędruje, szuka odpowiedzi. Życie Beduinów znamy pobieżnie – choćby z folderów biur podróży, prezentujących fakultatywne wycieczki. A jak żyje Egipcjanin mieszkający i pracujący w wielkim mieście? Pozwólcie, że pomogę Wam w tej wędrówce wyobraźni i zaproszę Was do pewnego aleksandryjskiego mieszkania, w którym żyje muzułmańska rodzina, należąca do tej warstwy egipskiego społeczeństwa, którą mogę określić jako klasę średnią.

Żeby dostać się do jednego z niepozornych wieżowców dzielnicy Sidi Biszr, musimy pokonać kilka aleksandryjskich ulic. Zaczynając wyprawę od głównego dworca autobusowego, zahaczamy o najdłuższą drogę, ciągnącą się przez całą Aleksandrię, wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, z której podziwiać możemy morskie fale, łączące piękno kryształowego błękitu z siłą intensywnego turkusu. Mijają nas charakterystyczne czarno żółte taksówki (stare rosyjskie łady).

Jedziemy i trąbimy. Dźwięk klaksonu jest obowiązkowy. Każdy porządny egipski kierowca musi wcisnąć klakson przynajmniej kilka razy podczas jazdy samochodem. To znak przynależności do zmotoryzowanej społeczności Egiptu. Jedziemy – więc jesteśmy jej częścią, trąbimy – więc jesteśmy żywym elementem tej rwącej rzeki samochodów. Jak krew tętni w żyłach, tak my trąbimy na ulicach Aleksandrii, dając wyraz swojemu zadowoleniu, bądź zirytowaniu.

Szukając parkingu, zatrzymujemy się w okolicy najbliższego meczetu. To tutaj woła nas „pan parkingowy”. Sam sobie tę funkcję przydzielił i pełni ją niezawodnie od lat. On wskazuje miejsce, on rządzi ulicą, on pobiera opłatę (bakszysz), on dba o wszystko i nikomu nic do tego – wywiązuje się z zadania świetnie, więc nikt mu nie przeszkadza. Dla nas to dogodne miejsce, mamy kilka kroków do domu, wystarczy przejść na drugą stronę ulicy. Dziękujemy panu, wręczając mu kilka funtów egipskich.

Przy wejściu do wieżowca wita nas portier. Uśmiecha się, pyta o samopoczucie, chwali pogodę i życzy miłego dnia. Wsiadamy do windy. Najpierw trzeba zamknąć drzwi, potem zasunąć specjalną ochronną kratę i wcisnąć numer piętra. W naszym wypadku będzie to siódme piętro. Winda rusza, suniemy w górę. Jest mała i czysta, jednak widać, że najlepsze lata ma już za sobą. Podróż trwa krótko. Wysiadamy. Na piętrze znajduje się troje drzwi. My udamy się do tych przy oknie po prawej stronie.

Mieszkanie wita nas intensywnym zapachem owoców mango. Drzwi wejściowe prowadzą prosto do wielkiego pokoju, w którym spokojnie możemy wydzielić trzy części: jadalnię, pokój telewizyjny, salon. Pokój nie ma ścianek działowych, ale sposób urządzenia kolejnych części świadczy o ich przeznaczeniu. W pierwszej części, najdalej położonej w stosunku do drzwi wejściowych, znajduje się duży stół z krzesłami i kredens z ogromnym lustrem. Tutaj będziemy jeść posiłki i to tutaj stoi wielka misa z owocami mango.

W drugiej, i zarazem środkowej, części pokoju stoi coś w rodzaju meblościanki z telewizorem, ławą i trzema ozdobnymi sofami – tutaj wszyscy domownicy oglądają telewizję. Trzecia część pokoju, najbliższa drzwi wejściowych, to miejsce, gdzie na wygodnej kanapie, albo w fotelu można usiąść, porozmawiać, obejrzeć portret ślubny pani i pana domu oraz powoli włączyć się w rytm dnia.

W całym mieszkaniu widzimy śnieżnobiałe ściany – nieodzowny element większości egipskich domów. Wiszą na nich obrazy z sentencjami pisanymi w języku arabskim, pochodzącymi z Koranu, świętej księgi islamu. Okna, z otwartymi okiennicami i ozdobnie upiętymi zasłonami, prezentują widok na miasto. Wielki trzyczęściowy pokój jest sercem tego mieszkania i prowadzi do pozostałych pomieszczeń: nowocześnie urządzonej kuchni i dwóch łazienek, sypialni oraz pokoju dziecięcego. Zarówno sypialnia, jak i pokój dziecięcy mają balkony. Dzięki nim podziwiamy okolicę – od pobliskiego meczetu, po wyłaniające się zza wieżowców fale Morza Śródziemnego.

Gospodarze zapraszają nas na obiad. Pani domu rozstawa już półmiski i talerze, pan domu jej pomaga. Uwagę przyciąga masywny ciemnobrązowy, drewniany stół, przepięknie rzeźbiony. Krzesła zrobione są w tym samym stylu. Na stole widzimy już, między innymi, gorący i chrupiący falafel (kuleczki z ciecierzycy), zieloną zupę malahiję, kilka rodzajów drobiowego mięsa, ryż, sosy w miseczkach i chlebek aisz baladi. Po długiej podróży chętnie skorzystamy z zaproszenia.

Chociaż ten dom wydaje się inny niż znane Wam polskie mieszkania, po kilku minutach pobytu tam, poczujecie się jak u siebie. Atmosferę życzliwości wytwarzają domownicy. Jedząc nieznane Wam potrawy – niejednokrotnie bardzo słone i tłuste, rozmawiając z domownikami w języku innym niż polski, paradoksalnie zaczniecie zapominać, że jesteście w obcym kraju. Jesteście wśród „swoich”.

W dobrym geście jest wstać od stołu dopiero wtedy, kiedy wszystkie półmiski opróżnimy. Nie jest to takie proste, nawet, jeśli wcześniej byliśmy bardzo głodni. Stół ugina się od jedzenia, a pochłonięcie wszystkich potraw wydaje się być niewykonalne. W Egipcie mówi się, że kiedy gościmy kogoś w naszym domu i żywimy go swoim jedzeniem, on staje się dla nas członkiem rodziny. Im więcej jedzenia, tym jedzenie trwa dłużej, a my stajemy się sobie bliżsi.

Po skończonym posiłku czas na długie rozmowy o wszystkim i o niczym. Najlepiej rozmawia się na jednym z balkonów, gdzie siedząc wygodnie na dywanie wśród miękkich poduszek, możemy delektować się ciepłem zachodzącego słońca i popijać słodką herbatę z hibiskusa. Czas zatrzymuje się, a my trwamy w jedności. Nie ma Polski, nie ma Egiptu – jest jeden świat, bez granic, bez polityki, bez uprzedzeń. Świat bogaty w różnorodność i podobieństwa.

Z zadumy wyrywa nas głos muezina, który wzywa muzułmanów na modlitwę. Słychać go wyraźnie. Głos echem odbija się od ścian. Nasz gospodarz przeprasza nas, udaje się do łazienki, żeby rytualnie umyć ciało i przygotować się do modlitwy.

Następnie w sypialni rozkłada sadżdżadę – dywanik modlitewny, skierowany w stronę Mekki i zaczyna modlitwę. Czekamy. Z balkonu obserwujemy meczet, przechodniów, wszechobecne taksówki. Zastanawiamy się nad tym wszystkim, co nas dzieli i co nas łączy. Dochodzimy do wniosku, że łączy nas jedna idea: pozostać przyjaciółmi, bez względu na różnice, które nas dzielą. Nasz gospodarz wraca, uśmiecha się szczerze. On chyba pomyślał o tym samym.

Czas mija nieubłaganie szybko, wizyta dobiega końca. Pozostaną w nas wspomnienia o zapachu owoców mango, które scementują międzynarodową więź i pogłębią wzajemny szacunek, odrzucając stereotypy. Egipt to nie tylko słońce, plaże, palmy i ciepłe morze. To przede wszystkim ludzie, których się nie zapomina.

Iga Elsaid

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>